sobota, 4 października 2014

Zmiany i sterta naleśników

       Sue obudziła się zlana potem, przyłożyła dłoń do pierś próbując się uspokoić. Minęły trzy lata. Lata przepełnione strachem. Zmierzała w kierunku ich pochówków. Do miejsca w którym przestała być dzieckiem.
       Dopiero po miesiącach spędzonych na ulicy, chowając się pod mostami i drżąc z zimna, dowiedziała się mnóstwa rzeczy o mutantach. Jej brat, jej kochany, opiekuńczy, starszy brat był telekinetykiem i sadząc z wielkich szkód tamtego dnia, był cholernie silny.Jej matka była uzdrowicielką, mogła uśpić, uleczyć, ale mogła też zabić człowieka. A Sue? A ona sama? Nie poznała odpowiedzi. Jej zdolności napędzane były gwałtownymi, mającymi destrukcyjną moc emocjami, formując się w słabe wyładowania elektryczne. Myślała, że przywołuje błyskawice, lecz gdzieś tam w środku, wiedziała, ale się bała.
       Sue nie chcąc obudzić Vi sprawdziła własny plecak szukając jedzenia. Oprócz dwóch batonów energetycznych, butelki wody i trzech opakowań z chińskimi zupkami, nie miała już nic.
       Z ponurych rozmyślań wyrwało ją głośne beknięcie Vivien. Dziewczyna przetarła oczy.
-Jak widzę jesteś rannym ptaszkiem- powiedziała radosnym tonem.-Nie wiem jak ty Młoda, ale ja wrzuciłabym coś na ząb.
       Mała White w milczeniu podała jej batona na którego widok Vi parsknęła.
-Ty se jaja robisz Młoda, nie ma nawet mowy bym zjadła coś takiego. Toż to tektura, a nie jedzenie!
       Sue zgrzytała zębami ze złości.
-Słuchaj Młoda, jeśli chcesz jeść paszę dla konia to proszę bardzo. Ja osobiście preferuję bardziej amerykańskie śniadania.
       Dziewczyna spojrzała na nią z powątpiewaniem.
-Nie gap się tak, bo ci gały wypadną- zachichotała Viv i wyjęła zza pazuchy gruby plik banknotów przewiązanych różową gumką.- Jak widzisz ze mną z głodu nie umrzesz.

****

       Gdy znalazły w końcu jeden z przydrożnych, zaniedbanych barów. Zamówiły stertę naleśników z syropem, jajek i bekonu. Obsłużyła ich tęga kelnerka mająca na sobie poplamiony kanarkowy fartuszek i przypinkę z hasłem "Śmierć mutantom".
       Podczas delektowania się pierwszym od lat ciepłym, prawdziwym jedzeniem, Sue zerknęła na współtowarzyszkę i westchnęła ciężko.
-Dobra Vivien, mów co chcesz o mnie wiedzieć.
-Na robaczki świętojańskie, ty umiesz mówić!- wykrzyknęła, a jej widelec zamarł w powietrzu z porcją jajek. Tym krzykiem ściągnęła na siebie uwagę większości ludzi w knajpie, w tym tęgiej kelnerki trzymającej kurczowo telefon. Jednak po jednym z jej groźnych spojrzeń w stylu nie-chcecie-mnie-irytować-wy-małe-insekty, wszyscy wrócili do swoich talerzy. 
-No dobra, jak się nazywasz?
-Następny zestaw pytań proszę- mruknęła Sue strzępiąc róg koszulki.
-Ej, no weź! To pytanie jest cholernie proste. Przez cały czas mam ci mówić Młoda?
       Po chwilowym wahaniu odpowiedziała:
-Nie... możesz mi mówić Sue.
-Ale nie jest to twoje prawdziwe imię?
-Nie.- Czasem najlepszym kłamstwem jest prawda.
       Vi spojrzała na nią spod przymrużonych oczu.
-Dlaczego?
-Co, dlaczego?
-Dlaczego pobiegłaś za mną? Co takiego zrobiłaś? Czy jesteś jedną z nas?- wyrzuciła z siebie szybko, a ostatnie pytanie zadała szeptem.
       Sue się wahała się o sekundę za długo, powodując szeroki uśmiech u Vi. Zaczęła więc ostrożniej dobierać słowa.
-Wydałaś mi się w porządku, a co dwóch następnych pytań nie wtykaj nosa w nie swoje sprawy.
-Słucham? Czyli mam ci uwierzyć na słowo, że nie jesteś żadnym seryjnym mordercą?
-Dokładnie- powiedziała Sue bawiąc się nożem wyciągniętym z buta. Oczy Vi uważnie obserwowały jej dłonie.
-Jak rozumiem przyjaciół trzymaj blisko, a wrogów jeszcze bliżej?-Cień chłodu pojawił się na jej twarzy.
-Bingo- powiedziała rozbawiona White i podrzuciła nóż w powietrzu obserwując jak odbija się w nim światło słońca, aby później złapać go z wprawą za ostry koniec.
-Ile masz lat?
-Siedem.
       Szczere zdziwienie Vi sprawiło, że Sue zaczęła się wiercić na krześle.
-Nie powinnaś być w szkole, czy w domu razem z rodziną piekąc ciasteczka?
-To nie...
-...moja sprawa tak, tak, załapałam. Ale co poradzić jestem człowiekiem z natury ciekawskim. Dokąd zmierzasz?
-Słucham?
-Wleczesz się bez celu, czy dokądś jedziesz?
-Tak.
       Chwila milczenia spowodowała, że Vivien ściągnęła brwi.
-I co, tylko tyle masz do powiedzenia? Zwykłe "tak"?
-A co niewłaściwego jest w słowie "tak"?
-Nic ja po prostu myślałam, że ty...-  dziewczyna pokręciła głową mając na tworzy szeroki zawód.
-Dobra teraz moja kolej- powiedziała Sue chcąc szybko zmienić temat.
       Efekciara krzyżując ręce za głową, zaczęła się huśtać na rozklekotanym krześle.
-Strzelaj Młoda.
-Wiek?
-Piętnaście.
-Moc?
       To pytanie zbiło ją z tropu i stała się ostrożniejsza.
-Jestem changerem- powiedziała dramatycznym tonem, spodziewając się zapewne zachwytu.
       Na widok uniesionych brwi Sue pospieszyła zawiedziona z wyjaśnieniami.
-Czasami nasze zdolności są tak rozpowszechniania lub są do siebie tak podobne, że stworzyliśmy nazwy do ich określenia np. Tp- telepatia, Tk- telekineza itd. Changery potrafią przemienić własne ciało.
-W cokolwiek zechcą?
-No nie, ja potrafię utwardzić skórę do materiału twardszego od diamentu. Kiedyś znałam jednak dziewczynę, która potrafiła zmieniać się w różne ssaki. Był też naprawdę przystojny, chłopak z Meksyku i nie wiem jaki cudem nie wzięłam jego numeru, ale...
-Dobra dość, nie chcę znać historii twoich miłosnych podbojów. Skąd masz pieniądze?
-Że słucham?
-Ten gruby plik banknotów to sobie wymyśliłam?
-Nie wiem czy mogę ci ufać.
-Och proszę cię Vi, jesteś wielką, umięśnioną piętnastolatką z mocami changera i gotowa rozwalić mi szczękę. Ja natomiast jestem siedmiolatką o wątłej budowie, to chyba raczej JA powinnam się bać.
-Dobra, dobra, lecz jeśli piśniesz choć słówko.- Vivien rozejrzała czy upewniając się,że nikt nie podsłuchuje i wyszeptała do ucha Sue.- Należę do Uliczników.
       Sue wypuściła ze świstem powietrze, a krew w jej żyłach zmieniła się w lód. Wszyscy wiedzieli, że Ulicznicy to organizacja założona przez cywilów (głównie mutantów), do obrony. Powstała parę miesięcy po utworzeniu Strażników Pokoju. W ich skład wchodzili ludzie różnych narodowości, koloru skóry, czy religii. Od szumowin i ulicznych mętów, do przykładnych i szanowanych obywateli. W zamian za pomoc walczenia z rządem i Tajemniczym Wojskowym, otrzymywali schronienie, pożywienie i nową rodzinę.
       Zazwyczaj Ulicznicy, atakowali żołnierzy, polityków, opancerzone wozy przewożące mutantów i ich rodziny oraz czyścili konta bogaczy, by ich pieniądze przekazać ludziom z niższych sfer i naprawdę potrzebującym, których liczba rosła dzień po dniu.
-Co ty tu robisz-wydusiła Sue, przerażona myślą walki z Strażnikami.
-Sprawdzam teren i przy okazji mam misję do wykonania.-Viv wypięła dumnie pierś. Gdyby sytuacja nie byłaby tak przerażająca Sue wybuchła by śmiechem. Na razie jednak blada jak ściana zaciskała palce na poręczy krzesła, zgięta w pół.
-O Boże, w co ja się wpakowałam- powiedziała cicho i ukryła twarz w dłoniach. W tym czasie Vi tanecznym krokiem zapłaciła rachunek i czekała, aż Sue przyjmie jej rewelacje do świadomości.
-Nie mazgaj się tak Sue, mamy robotę do wykonania.
-My?!- Pisnęła Sue podnosząc gwałtownie głowę.
-Tak my.- po czym z szerokim uśmiechem dodała- Witam cię w szeregach Uliczników.

__________________
Wow, rozdział jest i przepraszam za nieobecność. Dziękuje tym którzy jeszcze to czytają i czekają na nowy rozdział. Dziękuje Wam za to i mam nadzieję, że nowy tekst się Wam spodoba.
Pozdrawiam gorąco!

Hope Land of Grafic